Spectre czyli wszystko co w Bondzie najlepsze

Wybierając się do kina na nowego Bonda słyszałem, że ma nie najlepsze recenzje, nie przeczytałem co prawda żadnej z nich, taką mam zasadę, nie czytam recenzji dopóki sam nie obejrzę filmu. Szedłem jednak z nastawieniem, że pewnie film będzie kiepski, tym bardziej, że jakoś wciąż nie mogłem się przekonać do Daniela Craiga jako odtwórcy roli Bonda.

Już jednak od pierwszych scen zaczynałem mieć przeczucie, że to będzie dobry film, może nawet bardzo dobry film. I tak tez się stało, Spectre to Bond w najlepszym wydaniu i jeden z najlepszych filmów o Bondzie z ostatnich lat, przebija go jedynie Casino Royale, jednak w przeciwieństwie do pierwszego Bonda z Craigiem Spectre jest utrzymane raczej w łagodniejszym klimacie nawiązującym do klimatu pierwszych Bondów z Seanem Connerym. Z kolei tak chwalony przez większość Skyfall dla mnie był za bardzo nostalgiczny, momentami przynudzał.

Spectre zaczyna się w Meksyku, pierwsze sekwencje należą do najlepszych w całym filmie, gdy Bond ucieka z walącego się budynku, spadając pośród gruzów ląduje na wygodnej sofie, podobna scena jest w „You Only Live Twice” z Connerym. Takich nawiązań do poprzednich Bondów jest więcej, choćby scena pościgu ulicami Rzymu, niezwykle widowiskowa kończy się katapultowaniem, co przypomina scenę z Goldfingera, tutaj auto Bonda ląduje na dnie Tybru. Pewnie bondolodzy znajdą jeszcze więcej tego typu podobieństw.

Również wydarzenia z poprzednich filmów są ze sobą powiązane. Bond musi stawić czoło tytułowej organizacji Spectre, czyli Widmo, działającej w branży farmaceutycznej a także próbującej przejąć i storpedować działalność agencji wywiadowczych kilku krajów, sekcja 007 ma zostać zakończona a ich miejsce mają się pojawić drony. Pojawia się też dobry znajomy z wcześniejszych Bondów Blofeld.

Akcja toczy się szybko. Z Meksyku Bond przenosi się do Anglii potem do Rzymu, Austrii i Maroka. Film wciąga i nie ma znaczenia, że brakuje konkretnej fabuły, trochę mi to przypomina filmy z serii „Mission Impossible”, w których podobnie jak w najnowszym Bondzie nie do końca wiadomo o co tak naprawdę chodzi. W końcu jednak na Bonda idzie się do kina oczekując rozrywki, Spectre tę rozrywkę zapewnia i to na doskonałym poziomie, a jak ktoś oczekuje wielkiej sztuki to powinien wybrać się raczej na Almodovara.

W Bondzie nie brakuje efektownych akcji, ale nie ma takich przegięć, jak bywały w Bondach z Brosnanem, które ocierały się prawie o science fiction, nawet scena, w której Bond lata samolotem bez skrzydeł jest do przyjęcia, w końcu nawet we wczesnych Bondach takie sceny były normalnością.

Daniel Craig po raz kolejny pokazał klasę, zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że ten aktor uratował serię filmów o Bondzie, tym razem trochę bardziej rozluźniony, częściej posługuje się żartem.

W filmie wystąpiła też Monica Bellucci, zagrała piękną wdowę po słynnym przestępcy, Bond spotyka ją w Rzymie po pogrzebie i ratuje jej życie. Moniką Bellucci zagrała tylko kilka minut, jej pojawienie się to jakby fragment wycięty z innej bajki, tak jak gdyby miała wystąpić tylko po to, żeby Bond ją zaliczył, po czym ten wątek nie jest już w ogóle kontynuowany. Dziwne.

Główną dziewczyna Bonda jest natomiast Madeleine Swann (Lea Seydoux) moim zdaniem jedna z ciekawszych dziewczyn Bonda.

Z kolei Blofelda gra Austriak Christoph Waltz, znany m.in. z dwóch filmów Quentina Tarantino – „Bękarty wojny” oraz „Django”

Dwudziesty czwarty z serii filmów o Agencie 007 to jak do tej pory najdłuższy Bond w historii, trwa prawie trzy godziny. Na pewno powinien się spodobać tym, którzy lubią pierwsze filmy o Bondzie z Connerym i Rogerem Moorem, ale Ci, którzy woleli poważniejszy klimat trzech wcześniejszych filmów z Craigiem też nie powinni być zawiedzeni, ten film ma wszystko, co w Bondach najlepsze.

Podobno to ma być ostatni Bond Craiga, któremu znudziło się już granie agenta 007. Szkoda, bo długo nie mogłem tak do końca się do niego przekonać i właśnie teraz, kiedy Spectre dla mnie przynajmniej jest takim przełomowym Bondem jeśli chodzi o odtwórcę roli super agenta – w końcu się do niego przekonałem – to ma być pożegnanie.

Ale jest furtka, zakończenie tego filmu wskazuje, że być może jest to ostatni Bond tego aktora, z drugiej jednak strony nie ma żadnych przeszkód, żeby Craig wcielił się ponownie w Jamesa Bonda, tym bardziej, że podobno ma w kontrakcie zapisany jeszcze jeden film z bondowskiej serii. Może być też tak, że twórcy zmienili trochę klimat filmu mając na oku już nowego odtwórcę Bonda. Mam jednak nadzieję, że Daniel Craig powróci.

Similar Posts